Posty

Przeżyłam!
Jestem z tego powodu bardzo szczęśliwa.
Ale też... Hm bawiłam się nawet dobrze, o dziwo...
Tak poza tym, że było kilka małych spięć i nieporozumień, o których nie chcę tu pisać, bo wiem, że czytają to osoby, którym nie chciałabym mówić o swoich uczuciach zbyt wiele...
Dzisiaj znowu przeczytałam opowiadanko, które pisałam kilka lat temu, przed drugą sesją na KULU.
I znów w oczach miałam łzy.
Muszę tam wrócić! I na KUL i do CZD. Jeszcze rok i będę nad tym myśleć. A właściwie trochę wcześniej, bo jakoś przed zakończeniem roku akademickiego, zaczyna się nabór na uczelnie wyższe.
I może wszystko wróci do normy? Z moją psycho, bo przecież nigdy więcej nie będę sprawna na ciele. Ale przynajmniej moja psychika wróciłaby do normy.
Tam wiedziałabym, gdzie szukać pomocy. I nie bałabym się zwrócić o tą pomoc. Kierunek Furmańska, albo od razu Abramowice. I nie wstydziłabym się poprosić o tę pomoc.
A tak? Nie wiem...
Wiem tylko jedno: teraz muszę napisać tą głupią pracę licencjacką, zdać…

tylko, żeby w sobotę się nie porzygać ich szczęściem...:

Czuję, że ten ślub, to będzie jedna wielka katastrofa. Przynajmniej dla mnie.
Przed chwilą doszło do mnie, jaka jestem beznadziejna... I nie chodzi mi tu tylko o to, że wszyscy wokoło się żenią, wychodzą za mąż, rodzą im się cudne dzieci, w ogóle jest zajebiście, a tu nagle taka ja. Sama jak palec, bez perspektyw, bez nikogo, komu by na mnie zależało...
No tak, nie powinnam narzekać. Przecież mam kochającą rodzinę. Gówno prawda! Coraz częściej mam wrażenie, że lepiej byłoby, gdyby mnie w niej nie było. Przynajmniej nie musiałabym się na to wszystko przyglądać... Jak skaczą sobie do gardeł... A to wszystko pod pozorem cudownego uśmieszku... Nienawidzę takiej dwulicowości!
W ogóle chyba znowu jakoś gorzej się ostatnio czuję. Koniecznie muszę iść do psychiatry. Tyle tylko, że nie pójdę chyba tutaj do żadnego... Chociaż nie wiem. I za to nienawidzę Ełku! Po prostu to jest taka dziura! Mam dość. Tak, mam dość!
Dlaczego już nie mieszkam w Lublinie? Tam bym wiedziała, co zrobić, gdzie iść. C…

trochę o szkole, a trochę wspomnień:

Próbuję wypełniać taką chorą ankietę, co to nam pani doktor je rozdała i powiedziała, że mamy je wypełnić. Ale im dłużej nad tym siedzę, tym bardziej widzę, jakie to jest popieprzone.
Ale stwierdziłam (doszłam do 3 strony), że zrobię to dopiero jutro. Dzisiaj mi się tak cholernie nic już nie chce... Masakra.
A poza tym... Chciałabym mieć już tę cholerną sesję za sobą. Wiem, że z tej pieprzonej analizy będzie na bank warunek, ale oby z niczego więcej... A w tym semestrze miało być tak dobrze. Ale zawsze znajdzie się jeden taki, co rozpieprzy wszystko!
Za dwa tygodnie wielki dzień mojego brata.
A nie chwaliłam się tutaj: byłam na wieczorze panieńskim u swojej przyszłej bratowej...
Nie mogę napisać w szczegółach, jak było, ale powiem tylko, że było... bardzo hmm przyjemnie... Oprócz tej coli, bo to już była przesada (za mocne dla mnie), dziewczyny :)
Wczoraj, jak już wróciłam (koło piątej po południu) pojechaliśmy jeszcze do mojej ciotki na urodziny, a mnie główka tak jeszcze bolała...
A…
Wiem, że wyłożyłam już na te studia tyle kasy, że teraz żal rezygnować, ale z drugiej strony: mam dość tego wszystkiego!
Dzisiaj rano, pierwszy raz od niepamiętnych czasów zanosiłam się płaczem i nie mogłam się uspokoić.
Najchętniej bym wzięła jakieś tabletki i odpłynęła w niebyt. Ale przecież trzeba się cieszyć "bo inni mają gorzej"... W pizdu z innymi! Nie potrafię tak żyć. Muszę albo znaleźć DOBREGO psychiatrę, który ustawiłby mi prochy, albo naprawdę wcześniej czy później się zabiję. Bo tak się nie da dłużej.
Owszem, boję się bólu fizycznego, ale chyba nic nie przeraża mnie tak bardzo w tej chwili, jak dalsze życie... Nie wiem, co mam zrobić?
Wczoraj do północy robiłam pierdolone zestawienie, wysłałam do kumpla, który miał to wysłać do profesora, a on do mnie, że to nie tak... A ja robiłam wszystko wg instrukcji. To jest jakieś pojebane. Nie mam już siły na to wszystko. Gdyby nie to wesele za dwa tygodnie, chyba dzisiaj bym się pochlastała. Ale nie będę tego robić Przemk…
Mówiłam kiedyś, że nienawidzę tych studiów?
W ogóle ostatnio jest niewiele rzeczy, które lubię.
Najchętniej bym się zaszyła gdzieś daleko i nie wychodziła już nigdy.

Wczoraj wróciłam z Lublina. Oczywiście znowu całe gówno załatwiłam, tyle tylko, że się przejechałam. Z ręką (ani z nogą) nie jest wcale lepiej.
Chce mi się płakać, a jednocześnie nie umiem uronić ani jednej łzy. To jest wkurzające, naprawdę.
Znowu wróciły do mnie pytania o sens. Sens mojego beznadziejnego życia. Chyba to trochę przez to, że właśnie nie było mojej pani doktor, tylko ten drugi lekarzyk... Nie wiem dlaczego, ale jakoś tak straciłam zupełnie zaufanie do facetów w białych (albo błękitnych) fartuchach. Może to moje uprzedzenia, ale wiem, że już nigdy w życiu nie zaufam...
Wiecznie wraca do mnie tylko jedno: "dzisiaj to nie będzie boleć"... A i jeszcze hit sprzed 23. stycznia 2001 roku: "zrobimy wszystko, co w naszej mocy, żeby uratować Pani dziecko"... (powiedział do mojej Mamy). Taa... może…

ale głupoty...

Coś dawno tutaj nie pisałam...
Bo też i nie czułam się najlepiej.
Wszystko miało być takie zajebiste po tej operacji. Minęło już pół roku - nie powiem, na początku było super, ale to chyba dzięki mojej podświadomości, wmówiłam sobie, że musi być. Teraz niestety jest gorzej, i to chyba nawet mogę powiedzieć, że gorzej, niż przed operacją. Wiem, że muszę nauczyć się żyć z tym, że już nigdy nie będę sprawna. Że choćby skały srały - nie dam rady tej ręki doprowadzić do jakiegokolwiek stanu...
Jestem bezsilna. Chce mi się wyć.
A jednocześnie wrzeszczeć, krzyczeć i lać po mordach wszystkich tych, którzy zrobili ze mnie takiego pokurcza...
Nie chcę już być w takim, zdeformowanym ciele... Naprawdę to mnie doprowadza już do szału! Nie poradzę sobie sama z tym wszystkim. Chociaż wiem, kto za tym stoi, to jednak nic nie mogę zrobić. On jest przecież nietykalny. Gdybym tylko miała pewność, że on mnie pozna. I gdybym się tak nie bała tego spotkania...
Chociaż z drugiej strony. Co ja bym mu powiedz…
Ale się dzisiaj wkurwiłam!
Tak, wkurwiłam się.
I nie będę zawijała tego w kolorowe słówka, bo nie to jest powodem do rozważań.

Otóż.
Pojechałam dzisiaj do swojego lekarza rodzinnego. Pediatry. On jest moim lekarzem od urodzenia, u niego byłam zapisana, kiedy tylko mama wzięła mnie z położniczego.
Nieważne.
Przyjeżdżam tam dzisiaj do niego, widzę: nikogo nie ma. Myślę: ok, super. W końcu będę mogła poprosić wielce szanownego pana doktora o skierowanie do sanatorium.
Wchodzę (oczywiście musiałam zaczekać, aż wielce szanowny pan mnie wezwie.)
Mówię mu, że chciałam dostać skierowanie do sanatorium, bo wiem, że mi się KURWA należy.
A on do mnie: ale ty wiesz, jaki ja mam tu zapierdol (może nie ujął tego w tych słowach, ale tak to wybrzmiało). Jestem tu sam, i muszę dymać za dwoje, a ty mi jakimś sanatorium dupę zawracasz.
No rzesz KURWA!
A jeszcze chyba najlepsze z tego wszystkiego jest to, że naprawdę nie było nikogo więcej,oprócz mnie i jeszcze takiej pani, która też przyszła po skierowa…