Posty

ZDAŁAM!!!
W końcu, za trzecim razem, ale zdałam! Miałam tylko jeden błąd, dwupunktowy, czyli miałam łącznie zdobytych 70 punktów. Żeby było śmieszniej, nawet wiem gdzie popełniłam ten błąd, chciałam cofnąć, ale już się nie dało, niestety... Ale to i tak mój sukces.
Miałam też dzisiaj jazdę. Na placu. Ćwiczyłam łuk... Masakra jakaś! Ale ja to zaliczę. Choćby skały srały, a psy dupami szczekały, ja to zaliczę.
Jutro idę do pracy na ósmą, a w sobotę - znowu Suwałki.
Teraz mam mokre jeszcze włosy, więc nie mogę się jeszcze położyć do łóżka, bo jutro jak wstanę, będę miała na łbie Sajgon.
Ale się cieszę z tego, że w końcu zdałam! Normalnie nie macie pojęcia!
M.
Jestem umówiona na egzamin teoretyczny w Suwałkach. I naprawdę będę cholernie szczęśliwa, jeśli go zdam. Bo to będzie już ta łatwiejsza część za mną. Potem tylko wyjeździć te swoje trzydzieści godzin, zdać egzamin praktyczny i kupić samochód...
Nic prostszego.
Jak zakończę ten rok akademicki i nie zwariuję, to będzie mój ogromny sukces. A jutro nie zamierzam ruszać się nawet z łóżka, bo jestem po prostu wycieńczona. Jeszcze ta pogoda mnie normalnie zabija. Chociaż z drugiej strony lepsza taka, niż miałoby padać, grzmieć, błyskać i być 12 stopni, nie?
A teraz jestem zmęczona. Zaraz obejrzę Fakty i chyba pójdę spać. Bo na nic więcej nie mam siły.
M.

to, co osiągnęłam jest moim sukcesem:

Dzisiaj doszłam do wniosku, że naprawdę dużo osiągnęłam jeśli chodzi o rehabilitację tej ręki. Nie chodzi tutaj o jakieś spektakularne wyczyny, bo tego nie ma, to prawda. Ale... Dziś np., gdy składałam bieliznę, nie potrzebowałam w tym pomocy. Nie macie pojęcia, jakie to dla mnie było cudne!
Po ponad siedemnastu latach znów czuć, że panuję nad tą ręką. Poza tym wczoraj, gdy byłam u kosmetyczki i gdy wykonywała mi ona manicure, ta łapka leżała grzecznie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Chciałabym, aby tak już zostało. Żeby się już nie pogarszało, ale jak będzie - zobaczymy.
Ale chciałabym też, żeby te ruchy atetotyczne zniknęły. Nikt nie potrafi mi powiedzieć, czy znikną kiedykolwiek. Pani Doktor z Lublina też nie jest w stanie mi tego zagwarantować. Szkoda. Pamiętam tylko jak przez mgłę jakieś urywki z tego, co działo się przed pierwszą operacją. Ale nie bardzo pamiętam, czy ta spastyczność u mnie zaczęła się jeszcze przed zabiegiem. Chyba nie. Owszem, był niedowład, w koń…

powrót do rzeczywistości:

Już jutro wracam do rzeczywistości. To znaczy rano muszę jechać do OHP, załatwić sobie staż (mam nadzieję, że mnie przyjmą, trzymajcie kciuki!), potem jadę, kupię mojej Princess jedzonko, bo już dzisiaj musiałam dać jej coś innego, nie jej żarełko; w dzień się trochę pouczę z tego kursu prawa jazdy (coś mi teraz jakoś tak nie idzie, za dużo czasu już minęło?), a wieczorkiem mam próbę chóru :) I jaram się tym, jak normalnie jakaś głupia!
W międzyczasie może jeszcze bym coś może napisała z pracy, chociaż ta mi tak cholernie opornie idzie... Masakra. Oddałabym wszystko, żeby mieć już ją napisaną, zatwierdzoną i obronioną! Naprawdę wszystko.
A poza tym mam jakąś cholerną alergię. Nie wiem na co, bo teraz chyba pyli wszystko! Ale gardło mnie drapie, jak cholera; nos mnie boli, jestem cholernie pociągająca. Poza tym oczy to mi chyba wypłyną, a łeb prawdopodobnie za chwilę wybuchnie.
A na razie będę się z Wami żegnać (jeśli ktokolwiek to czyta?)
ja spadam spać :)
M.

wszędzie niby dobrze...

...ale w domciu jednak najlepiej!
Wyspałam się we własnym, cudownym, wielkim łóżku.
I takim oto sposobem mam nauczkę, żeby nigdy więcej nie dać się namówić na pieprzony Ciechocinek. On jest dobry, jak komuś nic nie jest i chce jechać gdzieś do sanatorium, żeby się zabawić... To wtedy tak. Ale ja niestety pojechałam z zamiarem REHABILITACJI. I to był, kutwa, błąd!
Ta ręka jest jeszcze gorsza, niż była. Boli mnie ze trzy razy mocniej... Poza tym warunki też zostawiają wiele do życzenia...
No, ale nie ma co. Było, minęło. Przeżyłam to jakoś.
A jutro mam I Komunię swojego kuzyna. Masakra. Nie wiem jeszcze w co się ubiorę, ale jakoś tam pewnie pójdę.
A potem... zobaczymy.
Na razie się żegnam.
Paaa :*
M.

to już jest koniec! nie ma już nic...! :

Ani nikogo.
jestem już wymeldowana z pokoju, moje walizki stoją w schowku, a ja już byłam na obiedzie. Nawet, o dziwo, mi smakował.
I teraz czekam na rodziców.
Byłam jeszcze z samego rana dzisiaj w Polo, kupiłam sobie pepsi i jakieś batoniki na podróż.
A teraz, za jakąś godzinkę, powinni być już moi rodzice... I w końcu będziemy jechać. Już nie mogę się doczekać.
Odezwę się do Was, jak już będę w domku.
W sobotę mam komunię kuzyna, a 22. zaczynam jeździć eLką. Ale się cieszę!

M.

a tutaj nie będzie tytułu, bo nie jest o Ciechocinku:

tutaj znowu więcej myślę o panu D. Mam mnóstwo czasu na rozmyślanie i to nie jest dobre dla mojego umysłu ani psychiki... Dzisiaj doszłam do wniosku, jak tak gadałam z moją współlokatorką, panią Z., to zdałam sobie sprawę z tego, że w sumie może i pan nie-doktor (uwielbiam tak na niego mówić!) będzie mnie pamiętał. Z jednego tylko względu... Wiem, jest to cholernie niechlubne, ale z drugiej strony... Kuźwa, nikogo wtedy nie zabiłam, nikogo nie skrzywdziłam (w przeciwieństwie do niektórych, hyhy!) ani tym bardziej nie miałam żadnych dziwnych konszachtów... z nikim... a to, że oni wtedy musieli załatwiać (codziennie!) gotowaną, gorącą wodę, bo ja codziennie upominałam się o swoją rytualną kaszkę. I to dwa razy dziennie - rano, po przebudzeniu się (zazwyczaj jeszcze mamy nie było u mnie, bo pan profesor nie pozwalał rodzicom nocować na neurochirurgii) oraz przed pójściem do łóżka, wieczorem (to było na chwilę przed tym, jak mama wychodziła do hotelu, albo do Kwiatków) :)
A jutro od rana …