Posty

Wyświetlanie postów z kwiecień, 2018

szpital [2]:

A więc: już pierwszy dzień za mną! Nie zginęłam śmiercią tragiczną, nie zabiłam nikogo (w myślach się przecież nie liczy!), ale za to już mam pierwsze, wielkie rany odniesione na polu bitwy, którym jest moje ciało.
Otóż: dzisiaj (czy wczoraj? dni się zlewają w jedną, wielką, niekształtną masę!) zrobiłam sobie potężny odgniotek na stopie, a jeszcze dziś przed basenem (solankowym, [sic!]) mi się rozbabrał i nie wytrzymałam do końca, tylko popływałam jakieś 15, może 20 minut i musiałam wyjść, bo inaczej musieliby mnie wynosić, tak kurewsko już piekło, że bym pewnie zemdlała z bólu. A nie chciałam tego robić, bo nie ma tutaj żadnych, podkreślam: ŻADNYCH ani przystojnych, ani młodych terapeutów, a gdyby mnie cucił pan, który miał z nami pływanie, (łysy, po 60.) to bym się nabawiła kolejnej traumy na całe życie.
Jutro, a raczej dopiero drugiego maja, bo przecież jutro nikt nie pracuje, muszę iść do swojego lekarza, żeby mi po 1) zmienił basen na np. wirówkę, a po 2) żeby przepisał mi jakieś…

i znów szpital:

Chyba Wam już pisałam, a jak nie, to teraz napiszę, otóż: przyjechałam właśnie dzisiaj do szpitala uzdrowiskowego... Ale szczerze mówiąc miałam nadzieję, że towarzystwo będzie troszkę młodsze. Cholera jasna!
Ale to nic, dam radę! Wytrwam.
Zabiegi będę miała dopiero od poniedziałku, więc cały weekend psu w dupę. Ale to dobrze dla mojej pracy, którą muszę napisać, ogarnąć i wysłać swojej promotorce na mejla, bo inaczej urwie mi łeb (albo coś innego!) A już i ja chciałabym mieć już tę pracę zatwierdzoną, ewentualnie nanosić jakieś niewielkie poprawki i już. Także już teraz się tym zajmę i już. Taki mam plan.
A poza tym muszę jeszcze robić testy próbne na prawko. Już co prawda jeden wewnętrzny zdałam, ale jeszcze będzie jeden, a potem jeszcze państwowy, więc nie można się zbłaźnić. Nie dam tej satysfakcji tym kanaliom, które we mnie nie wierzą, na pewno!
A teraz, zaraz będę szła spać. Jutro nic nie będę robić (oprócz pracy, kilku testów i spacerków), w niedzielę to samo... A w poniedziałe…

Wyjechałam!

Już jakiś czas temu, gdy zrobiło się tak mega ciepło, wyjechałam na rowerze. A wczoraj pokonałam taką najdłuższą drogę jak na razie w tym roku. Trochę jest ciężko, ale to nic. Dam radę. Dzisiaj do godziny drugiej byłam w szkole, potem u cioci i wujka na grillu (pierwszy w tym roku - już zaliczony!). A teraz jestem tak wypompowana z sił, że nie marzę już o niczym więcej, jak tylko o swoim łóżeczku. Ale jeszcze muszę poczekać, aż mi włosy wyschną, chociaż trochę. A tak poza tym za dwa tygodnie jadę do sanatorium. Jeszcze nigdy tam nie byłam, w ogóle to jest szpital uzdrowiskowy w Ciechocinku, więc zobaczymy. Pewnie, jak znam swoje życie, to dostanę pokój z osiemdziesięcioletnią babcią... Dlatego dobrze byłoby być tam wcześniej, ale jak to będzie - zobaczymy.
No, a jeszcze muszę wybrać sobie drugie sanatorium, które "za sponsoruje mi" PFRON. Już dostałam od nich decyzję, że będzie kasa (nie cała, ale jakaś 1/4, może 1/3), tylko muszę złożyć im jeszcze  papierki i będę czekać. A…
I znowu dopadła mnie wielka deprecha. Nie chce mi się ostatnio nic. Chociaż pogoda jest coraz lepsza, ja czuję się coraz gorzej. A co jest ciekawsze, im pogoda jest fajniejsza, tym ja coraz bardziej beznadziejnie się czuję. Nie wiem dlaczego tak jest. A jedyne, na co stać moich "przyjaciół" to jakieś chore "weź się w garść" i "znajdź sobie coś do roboty"... no takie rady sprawiają, że na pewno zaraz poczuję się sto razy lepiej. I nic mi nie będzie.
Chce mi się beczeć! Tak po prostu. Nie mam ochoty nigdzie wychodzić, bo nawet nie mam z kim. M. jak zwykle nie ma czasu, a D. jak zwykle nie ma w mieście...
Wszyscy mają mnie w dupie. Ale co tam, trzeba się cieszyć.
Bo, kurwa, przyszła wiosna!!!
M.