Posty

Wyświetlanie postów z październik, 2018
Jeszcze nigdy w życiu nie czułam się lepiej!
W sensie psychicznie, bo fizycznie jestem chora (jakaś grypa mnie dopadła, znowu!).
Na konferencji było super. Dowiedziałam się wiele, wiele rzeczy. Poznałam kilku fajnych ludzi...
Co więcej mam pisać?
Jutro po raz kolejny Ziemia okrąży Słońce, kiedy ja na niej jestem.
Ale zrobiłam się stara.
Chociaż w sumie tak doszłam do wniosku, że to nie był żaden wyczyn.
Po prostu - urodziłam się.
Większy popis dałam sześć lat później, kiedy wybudziłam się po operacji, dwóch dniach śpiączki, a to był dopiero początek.
Czy żałuję?
Chyba tylko tego, że nie mogłam dorastać w lekko zmienionych (późniejszych) czasach. Wiecie, jakie fajne są sale do rehabilitacji sensorycznej i neurologicznej w Centrum? Bombowe... Aż chciałoby się na takich poćwiczyć :)

M.
Jestem szczęśliwa!
Naprawdę szczęśliwa.
Zdecydowałam się, że pojadę do Wrocławia.
Na konferencję "życie bez ograniczeń" (wygooglujcie sobie).
Będzie fajnie, taki prezent sobie zafundowałam na urodziny.
I nic więcej mi nie będzie potrzeba. A przy okazji jeszcze pójdę do Zoo we Wrocku, może do ogrodu japońskiego...
I czy coś jeszcze zdążę zobaczyć? Nie wiem.
Wiem natomiast, że będzie cudownie.
Bo tak sobie postanowiłam.
M.

chyba jest ok:

A wczoraj byłam na imprezie.
W sumie na dwóch imprezach, ale to inna bajka.
Bo wcześniej byliśmy z całą rodzinką na imieninach mojego wujka, a potem pojechałam z Tatą na imprezę "basenową". I tam się bawiłam świetnie.
I doszłam do wniosku, że ja chyba muszę być na rauszu cały czas, bo wtedy ta moja prawa łapka staje się tak luźna i fajna (w sensie plastyczna), jak nigdy dotąd.
A ostatnio polubiłam pić whisky z colą. Naprawdę, i żadne alkohol mi tak nie smakuje, jak właśnie to (no, może poza malibu z mlekiem, hihi)
Ale już dzisiaj rano (koło jedenastej) miałam bardzo nieprzyjemną sytuację, gdyż strasznie bolała mnie głowa. Pierwszy (no, drugi) raz w życiu doznałam kaca. Już jest ok, wzięłam ibuprom, wypiłam mega potężną dawkę witaminy C i będę żyć. Teraz sączę kawę i oglądam Lucyfera.
I nic mi więcej do szczęścia nie potrzeba :)

M.

wyznanie:

Wiecie, z czego właśnie zdałam sobie sprawę (ok, cały dzień się dziś tym truję, ale to inna bajka). Z tego, że ja tak naprawdę nie mogę mieć  (i nie mam) do NIEGO żalu o to ściąganie (tylko troszkę, bo gdy zobaczyli, że się zbiera raz, drugi i trzeci, powinni, moim zdaniem, włożyć sączek), a raczej o to, że w ogóle mnie operował. Nikt nie wie co by się stało, gdyby mnie nie operowali?
Okej, gdyby było tak, jak on straszył, dlaczego nie dał tej operacji chirurgowi bardziej doświadczonemu? Okej, był tylko asystą, ale nikt nie wie czy profesorek nie dał mu zrobić "czegoś więcej" w tym moim łbie, niż tylko pozszywać? Właśnie o to mam do nich "pretensje".
Tak, bardzo bym chciała tam pojechać do tego pana.
Ale nie po to, żeby mu nawrzucać, jakim był idiotą (bo nim nie był), ale żeby raz na zawsze rozprawić się z własną przeszłością, bo czuję, że jak tego nie zrobię, nie pójdę na przód.

M.